Przede wszystkim notki z górskich wycieczek Dominika
RSS
sobota, 21 listopada 2009
Mglisty spacer po Malniku 21 XI

Przychodzą w życiu studenta takie dni, że żarcie się kończy i powoli zaczyna się zapominać jak wygląda rodzinna wioska. Z jednej strony nie chce się wracać do starej rzeczywistości w której jest się już tylko gościem, z drugiej trzeba pokazać się w domu i uzupełnić zapasy słoiczków. U mnie dochodzi jeszcze inny czynnik - nie potrafię przywyknąć do zgiełku Krakowa, który i może ma swój urok, ale niestety nie ten który jednym kadrem potrafi wycisnąć całe powietrze z płuc.

Rodzinne strony powitały mnie chłodem i mgłą, ale nawet najbrzydsza pogoda w ładnym miejscu jest lepsza od pogody ładnej w miejscu brzydkim (no chyba że musisz drewno rąbać albo coś w ten deseń). Miałem wyruszyć na Malnik (726) z samego rana, ale postanowiłem się wreszcie wyspać i mi zeszło z tym gdzieś tak do 12:30. No ale jak już wstałem to zaraz po śniadanku ruszyłem.

Wyjście starym szlakiem poza tym że było błotniście szarobure, było nijakie. Im bliżej było do szczytu, tym bardziej dało się odczuć a nawet zobaczyć wilgotność powietrza. Na samym szczycie bez zdjęć, bo równie dobrze możnaby walnąć foto białej kartce - taka mgła. Dopiero przy zejściu drogą troszeczkę się rozjaśniło ale i tak całość wyglądała dość monotonnie. Nie pozostało więc nic innego niż polowanie na krople i pajęczynki pośród gasnącej trawy. Poniżej postanowiłem troszeczkę zboczyć i zejść do cywilizacji przez stary sad jabłkowy, co było niezłym pomysłem bo spotkałem tam 4 sarenki. Niestety nim zdążyłem położyć palec na spuście (migawki) zniknęły we mgle.

Zmarzłem i przemokłem od stóp do kolan, ale warto było sobie sprawić takiego reseta.

poniedziałek, 28 września 2009
Pieniny 24 IX – 25 IX

To może zacznę od tego, że mi się jeszcze zachciało iść raz w góry przed rozpoczęciem akademickiej katorgi. Padło na Pieniny, które w wrześniowym słońcu zaczynają dojrzewać eksplodując milionami barw. Najpiękniejsze jeszcze nastąpi, jednakże wtedy to ja będę w skryptach siedział, ale mniejsza o to.

Tym razem ruszyłem sam. Pogoda idealna – około 20 stopni, bezwietrznie, niebo lekko zachmurzone. Jadąc pociągiem 10:30 Muszyna-Piwniczna ponapawałem się troszkę wczesną namiastką Popradzkiej Złotej Jesieni. Następnie pksem do Kosarzysk i już wychodziłem na Obidzę, gdzie prawie nie pomyliłem szlaków i wylądowałbym na Eliaszówce, miast w Jaworkach. Koniec końców udało mi się odróżnić kolor niebieski od zielonego i około godziny 14 skręcałem już w żółty szlak do doliny Białej Wody. Dosłownie i w przenośnie nasrane tam od owiec. Miejsce jest bardzo klimatyczne i dla człowieka siedzącego na co dzień w zalesionych, łagodnie wyginających horyzont pagórkach cieszy oko. Wyżej wspomniany potok fikuśnie meandruje pomiędzy skałami tworząc mniejsze i większe kaskady. Za oglądanie tego piękna trzeba oczywiście zapłacić (1,50 studencki, żadna cena za ten widok).

Po przejściu wzdłuż bardzo malowniczo położonej wioski Jaworki wszedłem do słynnego Wąwozu Homole (kolejne 1,50), gdzie było tyle wiary w wieku wszelakim że odechciało mi się statywu rozkładać. Gdy słońce coraz bardziej chciało się pocałować z horyzontem, ja po krótkiej przerwie atakowałem najwyższy szczyt Pienin – Wysoką (1050). Wejście kamiennymi stopniami, gdzieniegdzie ułatwione barierkami oraz żelaznymi, kratowanymi schodami (są w newralgicznych miejscach na wszystkich pienińskich szlakach. Paskudnie wyglądają, ale za to sprawiają wrażenie solidnych) sporo mnie wymęczyło. Panorama ze szczytu bardzo ładna, niestety pochmurzyło się, a przejrzystość powietrza była fatalna, dlatego odpuściłem sobie focenie.

Powoli zaczynało się ściemniać oraz trochę kropić, dlatego też udałem się na nocleg do schroniska Pod Durbaszką (nocleg 23zł wliczając pierwszą dobę i klimatyczny), gdzie dotarłem koło godziny 18. Całkiem sympatyczna to chatka na około 100 osób. Mają tam ładny widoczek oraz co najlepsze, darmowy wrzątek. Na miejscu zastałem Adapciak mojej Alma Mater, dlatego nie mogłem odmówić sobie przyjemności integracji z moimi przyszłymi współklepaczami akademickiej biedy.

Piątek przywitałem oczywiście niewyspany około godziny 8. Zjadłem pasztetowe śniadanie popite herbatą i zszedłem do Jaworek, gdzie złapałem busa do Krościenka. Tam przy pięknej pogodzie zacząłem podejście pod Trzy Korony (982) spotykając po środku szlaku starą jak te góry gaździnę częstującą turystów oscypkami i żyntycą (oczywiście nie za darmo). Zaliczając po drodze Zamek Pieniński doszedłem w niezłym tempie do szczytu. Wejście na kratowaną platformę widokową kosztuje studencika 2 złote, ale landszaft jest tej monety wart.

Zmęczony już trochę z Trzech Koron uderzyłem na Szczawnicę przez Sokolicę (747, wejściówka na sam szczyt również 2 złote) gdzie przy słońcu w obiektyw zmierzyłem się najsłynniejszym drzewkiem w kraju oraz strzeliłem sobie ekstremalny autoportret. Przed samą Szczawnicą musiałem jeszcze raz wyskoczyć z dwuzłotówki, aby flisak przewiózł mnie łodzią na drugą stronę Dunajca (jednominutowa atrakcja).

W mega odpicowanym kurorcie, jakim jest Szczawnica czekałem może 30 minut na busa do Nowego Sącza, skąd finalnie dotarłem do domu przed godziną 22, zaliczając po drodze przesiadkę w Krynicy.

No fajne te Pieninki. Trzeba trochę patrzeć pod nogi, aby sobie na kamieniu jakimś śliskim nogi nie skręcić, ale ogólnie to łatwe spacerowe trasy i naprawdę ciekawe widoki.  Polecić mogę, a co.

Aha, gdybym trafił na lepszą przejżystość powietrza to pewnie wrzuciłbym więcej zdjęć, a tak to cieszcie się tym co jest.

sobota, 26 września 2009
Kurczyńska Magura (SK) nie do końca zdobyta 22.IX

Godzina 12:20, ruszamy, konwersacja w trakcie marszu.

Mariusz: Ale jak będziemy na szczycie to chyba nie ma sensu schodzić na azymut.

Dominik: No, mi też się nie chce

Godzina 12:21, wychodzimy z bloków.

Dominik: W ogóle niezbyt chce mi się iść na tą Magurę.

Mariusz: Mi też nie.

Dominik: To idziemy gdzieś indziej? Może na Złockie przez Koziejówkę?

Mariusz: Nie, chodźmy się po prostu przejść wałem.

Godzina 12:22, na moście na Popradzie.

Dominik: Ty, to może walniemy się nad rzeką, zjemy co mamy w plecakach i wrócimy, bo nic mi się nie chce.

Mariusz: Dobra.

Godzina 12:50, powrót do domu...

niedziela, 13 września 2009
Bieszczady 05 IX – 09 IX

Legenda Bieszczad nęciła mnie już od jakiegoś czasu. Pewnym było że w te wakacje w końcu dam się jej porwać. Doczekałem tego momentu kiedy zarówno ja, jak i mój kompan Mariusz wykrzesaliśmy trochę wolnego czasu i ruszyliśmy.

Zaczęło się w piątek czwartego września kiedy z bananami na twarzach i kilkunastokilowymi plecakami wbiliśmy w pociąg relacji Muszyna – Tarnów o jakże wczesnej godzinie 06:30. Ten o dziwo zajechał na czas i chwilę po 10 już wyjeżdżaliśmy autobusem do Sanoka, gdzie po chwili od przyjazdu złapaliśmy nadgryziony zębem czasu regionalny Autosan który pomknął przez wielką obwodnicę bieszczadzką i wypluł nas w Smereku chwilę przed 15.

Jako że trochę się rozpadało, porzuciliśmy pomysł rozbijania namiotu i znaleźliśmy sobie po pewnym czasie spanie na sianie w zawrotnej cenie złotych pięciu za noc (biały dom naprzeciwko przystanku w tejże wiosce – polecam!). Jeśli koszty wyprawy są ograniczone, jak w naszym, klasycznie studenckim przypadku, bardzo polecam tą formę noclegu w Bieszczadach. Po pierwsze jest tanio, po drugie klimatycznie i po trzecie, najważniejsze ciepło i sucho (w przeciwieństwie do namiotu).

Rano ruszyliśmy przez pochmurną wieś i po około 20 minutach dotarliśmy do kasy przed wejściem na czerwony szlak (2,50 zł studencki na jeden dzień na terenie całego BdPN) gdzie rozpadało się na dobre. Zarzuciliśmy teoretycznie wodoodporne pelerynki a la CCC i ruszyliśmy pod górę na szczyt Smerek (1222). O ile w lesie chronieni przez świerki i buki niewiele kropli deszczu nas dosięgło, to przy wejściu na samą połoninę powitały nas: chłód, wiatr, mgła i mżawka, które wspólnymi siłami zamieniły piękny krajobraz w mleczną ścianę. Atakując dalej Przełęcz Orłowicza (1075) oraz Połoninę Wetlińską (najwyżej 1255) matka natura systematycznie utrudniała nam wędrówkę poprzez rzęsisty deszcz, który tworzył kałuże i potoki na całej długości ścieżki. Podczas gdy wszyscy uciekali w dół, my targaliśmy nasze mokre dupska pod górę do schroniska „Chatka Puchatka”. Wtedy właśnie, gdy chlapało w butach i byłem wycieńczony już pierwszego dnia wędrówki zrozumiałem ironię turystycznego Dzień Dobry

Schronisko pod patronatem PTTK to wcale ładny domek z klimatem, niestety jeśli idzie o obsługę i ceny nie jest tak kolorowo. W środku przywitało nas dwóch wysokich, długowłosych pracowników. Jeden chłop najprawdopodobniej potomek Bohuna, natomiast drugi wyglądał na syna Ryśka Riedla. Cena jaką rzucili za prycz do spania bez możliwości umycia się w bieżącej wodzie wynosiła 18 złociszy. Drogo, no ale trzeba gdzieś było buty wysuszyć przy piecu. Co lepsze żaden z nich nie umiał mi powiedzieć ile wynosi zniżka PTTK (Riedel junior twierdził wręcz że takowej nie ma), niemniej jednak doszliśmy do takiej ugody że zapłacę normalnie i otrzymam jeden darmowy wrzątek (normalnie 1 złoty polski, się ludziom poprzewracało w głowach…). Dodatkowe atrakcje schroniska to śmierdzący kibel, do którego trzeba przejść przez grań na której ostro smaga wiatrem, piwo za 8 złotych oraz brak jakichkolwiek ukraińskich alkoholi spod lady. Dobrze że piersiówki były pełne, to szło się rozgrzać kiedy buty schły. A i tak nie doschły do końca.

Ranek powitał nas poprawą pogody, tak po śniadaniu skoczyliśmy do źródełka obmyć twarz oraz napełnić butelki, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Mianowicie trzymając się cały czas czerwonego szlaku zeszliśmy do Berehów Górnych, gdzie kupiliśmy po bilecie, zebraliśmy siły i ruszyliśmy na spotkanie kolejnej połoninie. Caryńska w najwyższym punkcie wznosi się na 1297 metrów nad poziomem morza, ale za to jest krótsza do przejścia od Wetlińskiej (3,30h, podczas gdy cała Wetlińska od Smereka do Berehów powinna zająć 6,30h). Przy niezłych widoczkach przeszliśmy naszymi wilgotnymi jeszcze butami do Ustrzyk Górnych, gdzie bez większego problemu znaleźliśmy kolejne spanie na sianie za piątaka (trzeci dom za kościołem, również serdecznie polecam).

Z Ustrzyk urządziliśmy sobie bazę wypadową, więc ciężkie plecaki podróżne mogliśmy wreszcie zamienić na małe wycieczkowe, których ciężaru w ogóle nie było znać na plecach. W poniedziałek mieliśmy zdobywać najwyższy szczyt Bieszczad – Tarnicę (1346), jednak była ona schowana w chmurach, dlatego zdecydowaliśmy się odłożyć tą wycieczkę na kolejny, ostatni już dzień, podczas gdy w tym dniu wybraliśmy się na styk trzech granic: polskiej, słowackiej i ukraińskiej (kolejność alfabetyczna), czyli tak zwany Kremenaros. Najpierw jednak musieliśmy zdobyć niebieskim szlakiem Wielką Rawkę (1304). Droga była stroma i trochę śliska, ale udało się bez większych problemów. Sam Kremenaros natomiast to kiczowaty, około trzymetrowy, granitowy obelisk z wyrytymi godłami trzech państw stojący pośrodku polany do której dochodzą cztery ścieżki (dwie polskie i dwie słowackie, Ukraina jest reprezentowana przez gęsty las którym przerzucają do nas nielegalnych imigrantów). Ogólnie poza wartością symboliczną nieciekawe miejsce. Spotkaliśmy tam grupkę Słowaków, których język różni się trochę od tego używanego w okolicach Bardjowa i Starej Lubowli, gdzie często bywam. Po cyknięciu symbolicznej fotki wróciliśmy na Wielką Rawkę, z której przeszliśmy żółtym na Małą Rawkę (1272) z której można było rozkoszować się pięknymi widokami. Następnie jakieś 30 minut dość stromo w dół, mijając bacówkę „Pod Małą Rawką” (bardzo ładne schronisko) i byliśmy na przełęczy Wyżniańskiej, skąd złapaliśmy stopa do Ustrzyk.

Na noclegu poznaliśmy kilku ciekawych włóczykijów, z którymi wieczorem spędziliśmy fajnie czas w barze, gdzie spotkaliśmy miejscowego artystę Romana oraz dwóch studentów archeo wędrujących od Krynicy (grubo ponad 100km), zaliczając po kolei wszystkie bazy SKPB oraz regionalne knajpy. No raczej nie pospaliśmy tej nocy, ale dzień który nas przywitał był na tyle pogodny że rekompensował nam wszelkie braki w przygotowaniu psychofizyczny,. Wyjście czerwonym na Tarnicę (1346) przez Szeroki Wierch (1315) i Przełęcz Siodło (1275) była nader przyjemne i zajęło nam około trzech godzin. Jedynym utrudnieniem był silny wiatr który chciał nas strącić z grzbietu, jednak nie daliśmy się. Z najwyższego szczytu polskich Bieszczad mieliśmy konkretne landszafciki na Caryńską oraz Halicz (1333) i Rozsypaniec (1280). Dwóch ostatnich szczytów nie zdecydowaliśmy się zdobywać, jednak nęcą mnie tak bardzo że jeszcze zapewne spróbuję je zdobyć w październiku. Wróciliśmy na przełęcz i zeszliśmy niebieskim do Wołosatego, urządzając sobie po drodze pasztetowy obiad. Z Wołosatego znowu złapaliśmy stopa do Ustrzyk, gdzie popołudnie spędziliśmy na gawędzie z naszymi stodołowymi współlokatorami.

Powrót do Muszyny w środę przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. W niecałe dziewięć godzin za pośrednictwem sześciu autobusów przejechaliśmy te około 180 km, co daje średnią prędkość 20km/h. Czas oczekiwania na przesiadki w sumie wyniósł może 80 minut, co podkręca średnią do zawrotnych 23,5km/h. Bo to Polska jest…

Wypada machnąć jakieś podsumowanie, ale jak napiszę że było fajnie to myślę że starczy. Mili ludzie, ładne krajobrazy (choć pogoda i tak część nam je psuła) i trochę inne klimaty niż w Beskidach, jednak jeśli chodzi o wartość etnograficzną to i tak nie przebiją Niskiego.

 Ale i tak polecam. Zwłaszcza teraz, jesienią.